niedziela, 24 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ II

       
"Najwięcej radości sprawia błysk szczęścia w oczach
 kogoś, kto czuje, że mu współczujemy, że go rozumiemy,
 że się interesujemy jego problemami.
W takich chwilach czujemy jakąś delikatną, duchową
więź między nami. Dla takich chwil warto żyć. "
                                                                      Don Marquis



         Poczułam ciarki na swoim ciele, sądziłam, że jestem tu sama. Ładna? Przecież nawet nie widział mojej twarzy.
- Rozmyśla. - odpowiedziałam trochę speszona - Jak zacząć na nowo przystojniaku? - dodałam pewniej - Tak by zapomnieć o przeszłości? I pozbyć się bólu i cierpienia? - usłyszałam głuchą ciszę. 
- Cóż, to akurat jest trudne. - ponownie usłyszałam głos nieznajomego. - Nie da się całkiem zapomnieć o rzeczach złych, to między innymi one kształtują twój charakter i osobowość.
- A co jeśli niszczą cię od środka. - powiedziałam łamiącym się głosem. Słyszałam jak zaczął się zbliżać w moim kierunku.
- Co tak strasznego mogło Cię spotkać? - zapytał siadając obok mnie na kamieniu. Spojrzałam na niego i oniemiałam. Był idealny. Wysoki brunet z niebieskimi oczami z nutą tajemniczości. Czułam jak moje mięśnie się napięły. 
- Na pewno chcesz wiedzieć? - zapytałam drżącym głosem. Skinął głową zachęcając mnie do kontynuowania. Jeszcze nigdy nie mówiłam o tym głośno, nikomu się nie zwierzałam. Nie wiem dlaczego, ale czułam, że mogę o tym opowiedzieć. I to zupełnie obcemu mężczyźnie, który i tak zapomni o moim istnieniu. Ale może właśnie tego potrzebuję? Może w końcu poczuję ulgę i naprawdę ruszę dalej ze swoim życiem? Odwróciłam wzrok od nieznajomego delikatnie przygryzając wargę. - Kilka miesięcy temu miałam poważny wypadek samochodowy. - zamilkłam na chwilę - Tego dnia długo trenowałam. Przygotowywałam się do ważnego występu. W balecie. - uśmiechnęłam się lekko - Mama chciała, abym tańczyła. - zamilkłam ponownie - Tata odebrał mnie z próby. Jechał szybko. Spieszył się, bo tego dnia była ich rocznica ślubu. Miał spotkać się z mamą w restauracji. Nie... nie wyrobił się na zakręcie i... uderzył... w nadjeżdżający samochód. - zeszłam z kamienia i wzięłam głęboki oddech. Muszę chwilę ochłonąć. Odwróciłam się w stronę mojego rozmówcy. Ubrany był cały na czarno, czarna bluzka, czarne spodnie i buty, nawet skórzana kurtka, dodawało mu to jeszcze więcej tajemniczości – Miałam tylko złamaną nogą. Lekarze mówili, że to cud, że wyszłam z tego cało. Niestety tacie zabrakło tego szczęścia. Zginął na miejscu. - oparłam się o kamień - Matka wpadła w depresję, nie potrafiła się z tego otrząsnąć. Obwiniała mnie o śmierć taty. Cały czas mówiła, że to moja wina. - poczułam jak napływają mi do oczu łzy. - Że to ja powinnam umrzeć.
- To nie była twoja wina. - powiedział czule.
- Teraz to wiem, ale moja matka tak długo obarczała mnie tym, że...zaczęłam w to wierzyć. - ponownie usiadłam na kamieniu - Próbowała mnie zabić. - Zamilkłam, wiedziałam, że nie mogę powiedzieć jednego bardzo istotnego faktu.- Moja własna matka chciała mojej śmierci. Tak bardzo mnie nienawidziła. - czułam, że nieznajomy nie wiedział co powiedzieć, chyba nie spodziewał się takiej historii - Trzy miesiące temu znalazłam ją martwą w domu. Popełniła samobójstwo, bo nie mogła dużej na mnie patrzeć. I tak wylądowałam tutaj, w Mystic Falls. - skończyłam swoją opowieść - Przepraszam. - powiedziałam niepewnie.
- Nie masz za co. - uśmiechnął się do mnie lekko - Jak się teraz czujesz? - zapytał z troską w głosie.
- Lepiej. - westchnęłam lekko - Nikomu o tym nie opowiadałam. Dziękuję, że mnie wysłuchałeś. Potrzebowałam aby ktoś mnie wysłuchał. - patrzyłam w oczy nieznajomemu, a on to odwzajemnił. - I jak mam zacząć żyć od nowa? - dodałam.
- Nie zaczniesz. - stwierdził krótko. Oderwałam swoje spojrzenie od niego kręcąc głową - Musisz nauczyć się z tym żyć. Rodzice byli ważną częścią twojego życia, tak jak każdego innego. Powinnaś zamknąć ten rozdział. - złapał delikatnie mój podbródek i zwrócił moją twarz ku sobie - Czas zacząć nowy. - uśmiechnął się lekko, a moje ciało przeszły ciarki od jego delikatnego i tak subtelnego dotyku. Czułam jak zatracam się w jego spojrzeniu. Byliśmy tylko my, tylko ja i nieznajomy. 
Damon Salvatore:
     Patrzyłem w jej piękne zielone oczy i czułem jak mój głód przybiera na sile. Mimo, że szczerze jej współczułem nie mogłem zapomnieć o tym po co tu na prawdę przyszedłem. Przycisnąłem dziewczynę z całej siły do drzewa, nie wydawała się być przerażona, patrzyła na mnie ze spokojem. Odgarnąłem włosy z jej szyj i czułem jak wysuwają się moje kły. Chciałem poczuć smak jej krwi. Po chwili to ja zostałem przyciśnięty do drzewa. Byłem zdezorientowany, nie wiedziałem jak mogłem tego nie zauważyć.
- Dziś się nie pożywisz! - powiedziała delikatnie, a ja czułem jak mój głód odchodzi. Jakim cudem? Nie miałem ochoty na krew, nie miałem ochoty na zabijanie. Nie potrafiłem się jej sprzeciwić, byłem oszołomiony. - Idź do domu. - powiedziawszy to  zniknęła. Spoglądałem przed siebie i próbowałem uzmysłowić sobie, co przed momentem się wydarzyło.

***
        Siedziałem w salonie popijając bursztynowy płyn, do tej pory nie jestem świadomy tego co ze mną zrobiła ta czerwonowłosa dziewczyna. W jaki sposób mogła wpłynąć na moje zachowanie? Wiem, jak działa zauroczenie i to nie było to.
- Mamy problem. - powiedziałem do wchodzącego Stefana. 
- Jaki? - spojrzał zdziwiony.
- Poważny i czerwony. - powiedziałem, stojąc na wprost brata - Czas na imprezę. - dodałem po chwili upijając łyk Burbonu.
- Nie bardzo rozumiem. Mamy problem, a ty chcesz organizować imprezę?
- Yuup! - wyjąłem telefon z kieszeni spodni i zadzwoniłem do Eleny, aby pomogła zorganizować imprezę, możliwie jak najszybciej. - Mamy nowego wampira w Mystic Falls. - oznajmiłem wychodząc z domu.

Skyler Fell:

      Wygłupiłam się. Jak mogłam się tak zachować? Nie powinnam ujawniać tego kim jestem. Pierwszy dzień, a ja wszystko zawaliłam. Meredith ostrzegała mnie przed innymi wampirami, nie sądziłam jednak, że spotkam jednego z nich tak szybko. Zwierzyłam się, nie znając go. Jak bardzo nie mądrze postąpiłam. Teraz wie o mnie więcej niż ja o nim. Chodziłam nerwowo po salonie, nie wiedziałam jak miałam się uspokoić. Potrafię wpłynąć na zachowania innych, a nie umiem uspokoić siebie. Co za ironia. Ciocia była na dyżurze w szpitalu, i nie miałam z kim porozmawiać. Tak bardzo chciałabym wrócić do domu. Nienawidzę tego miejsca. Chcę...stąd zniknąć. Podeszłam do barku i wyciągnęłam butelkę whisky, upiłam łyk z butelki. Jednak nieznajomy miał rację, muszę zacząć nowy rozdział w swoim życiu. Dokładnie tak zrobię. Postanowiłam, że wyjdę z domu i poznam nocne życie Mystic Falls.


   ***
        Weszłam do miejscowego miejscowego baru, ku mojemu zdziwieniu nie było tłoczno, cóż to nie jest Nowy Orlean, że każdy bar jest przepełniony po brzegi nie zważając na dzień tygodnia. Usiadłam przy barze mając nadzieję, że uda mi się zamówić jakiegoś drinka. Podszedł do mnie barman pytając co podać, poprosiłam o whisky. Spojrzał na mnie jakby chciał sprawdzić, czy może spełnić moje życzenie; po chwili postawił przede mną szklaneczkę z bursztynowym płynem. "Tylko ten jeden" - pomyślał. Uśmiechnąwszy się upiłam łyk alkoholu. Obróciłam się na stołku spoglądając na salę, zajęte były dosłownie trzy stoliki; w rogu siedziały przyjaciółki opowiadając o swoich romansach, po środku siedziało małżeństwo w rocznicę ślubu, mężczyzna był zdenerwowany, a kobieta znudzona, oboje chcieli mieć tą kolację za sobą, pod oknem siedziała mała grupka znajomych ze szkoły, chłopaki opowiadali głupie dowcipy, a dziewczyny chichotały. Mimowolnie spojrzałam w stronę drzwi, w których stał mężczyzna. Ten sam który chciał się mną pożywić. Nasze spojrzenia spotkały się, widziałam łobuzerski uśmiech na twarzy nieznajomego. Podszedł i bez pytania usiadł obok mnie przy barze zamawiając burbon. Czułam jak świdruje mnie wzrokiem, chciałam zajrzeć do jego umysłu, ale coś mnie blokowało. Nie mogłam przedrzeć  się przez zaporę, którą postawił.
- Jak się czujesz? - zapytał po chwili, obróciłam się lekko w jego stronę upewniając się, że pytane było skierowane do mnie.
- Serio cię to obchodzi? - zapytałam gorzko. 
- Nie. - odpowiedział chłodno - Opowiedziałaś mi swoją historię i chciałbym wiedzieć jak czujesz się z tym, że najprawdopodobniej zrobiłaś źle?
- Błędy są po to by je popełniać. - nie przyznam się do swojego błędu, nie jemu, nie mam zamiaru użalać się nad sobą. Wzruszyłam ramionami i upiłam łyk whisky. - Ty nie popełniasz błędów?
- Więcej niż ci się wydaje. - uśmiechnął się lekko. Odrobinę się rozluźniłam.
- Jestem Skyler. - przedstawiłam się wyciągając dłoń do wampira. Spojrzał na mnie potem na dłoń i odwzajemniając uścisk przedstawił się. 
        Nie wiedziałam dlaczego z nim rozmawiam, po co ciągnę ten idiotyczny dialog, który do niczego nie prowadzi. Czułam, że coś kombinuję tylko niestety nie mogłam odgadnąć co. Wtem przypomniałam sobie istotną sentencję "Przyjaciół trzeba mieć blisko, ale wrogów jeszcze bliżej". Może i nie mogę dostać się do jego głowy, ale jestem dziewczyną, rzadko który facet opiera się urokowi. Większość z nich lubi flirtować. Dopiłam swój alkohol i poprosiłam barmana o następnego drinka.
- Masz dowód? - zapytał.
- Wcześniej nie potrzebowałeś. - dogryzłam wskazując na pustą szklankę, barman spojrzał na mnie spod byka brązowymi oczami, był zły za to co powiedziałam. - Dziękuję. -powiedziałam serdecznie, gdy postawił przede mną pełną szklankę, od razu upiłam łyk. - I tobie również dziękuję. - skierowałam swoje spojrzenie na Damona.
- Mnie? - zapytał zdziwiony. 
- Tak, tobie. - uśmiechnęłam się uwodzicielsko - Natchnąłeś mnie do zmiany. - uniosłam szklaneczkę do góry - Za nowy start. - powiedziałam stukając jego szklankę swoją i wypiłam do dna. Wiedziałam, że mi się przygląda. Czyli plan działa. Uśmiechnęłam się szeroko na tę myśl. Spojrzałam na telefon by sprawdzić godzinę, jest już po północy, a w barze zostaliśmy tylko my. Głośno westchnęłam - Muszę już iść. - powiedziałam wstając ze stołka, umyślnie potknęłam się mając nadzieję, że robienie z siebie idiotki nie poszło na marne. Damon w porę mnie złapał, ratując tym samym od upadku. 
- Odwiozę cię. - stwierdził stanowczo mocno mnie do siebie przyciskając. Po chwili siedzieliśmy w jego niebieskim Chevrolecie Camaro - Mogę cię o coś zapytać? - spojrzałam zdziwiona, ale skinęłam głową zgadzając się. - Nie opowiedziałaś w jaki sposób zostałaś wampirem?

niedziela, 17 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ I

         Czułam jak moją twarz ogrzewają ciepłe promienie słońca wpadające do mojego pokoju przez okno. Nie miałam ochoty wstawać z łóżka, chciałabym zostać w nim, na samą myśl, że dziś będę musiała stawić czoła z natłokiem myśli rozwścieczonych nastolatków. Słuchać ich  problemów, większych lub mniejszych. Sama mam ich wystarczająco. Na wspomnienie dnia w którym pierwszy raz usłyszałam czyjeś myśli, wykrzywiłam twarz w bólu. Wiem, że nie jestem normalna. Jestem potworem, który czyta w myślach, który potrafi wpłynąć na czyjeś emocje. Uczę się nad tym panować, ale często nawet nieświadomie wykorzystuję swoje umiejętności. Wiem, również, że nikt nie może dowiedzieć się o tym. Nikt nie może wiedzieć o moim darze. Z za myśleń wyrwało mnie wołanie Meredith. Myślałam, że już zapomniała o moim istnieniu, jak bardzo się myliłam. Rozległo się pukanie do drzwi, nie zdążyłam się odezwać, gdy drzwi otworzyły się. W progu zobaczyłam ciocię, patrzyła na mnie z wyrzutem.
- Długo jeszcze będziesz leżeć? -zapytała krzyżują ręce na piersi -Spóźnisz się! To twój pierwszy dzień w nowej szkole.
- Wiem. Dlatego właśnie nie wstaje. - powiedziałam zakrywając się kołdrą, jakby miało to sprawić, ze zniknę. – Muszę tam iść? - zapytałam prosząc, aby pozwoliła mi jeszcze jeden dzień zostać tutaj.
- Nic z tego. - usiadła na łóżku obok mnie i odkryła kołdrę – Wiem, że po tym wszystkim co przeszłaś, jest trudno wrócić do normalnego życia. Ale to wszystko dla Twojego dobra. -  wzięła głęboki oddech - Jeżeli dziś nie stawisz czoła swoim problemom, to jutro wcale nie będzie łatwiej.-patrzyła Na mnie z troską – No już. Wstajesz! - powiedziała i zdjęła ze mnie kołdrę. Mimowolnie zwinęłam się w kłębek. - Za dwadzieścia minut jedziemy. Czekam na Ciebie na dole.
        Zaczekałam chwilę, aż wyszła z pokoju. Podniosłam się z łóżka i skierowałam do łazienki, wzięłam szybki zimny prysznic, aby się trochę rozbudzić. Umyłam twarz, zęby. Zrobiłam delikatny makijaż. Tak dawno się nie malowałam, nie sądziłam że to może choć trochę poprawić mi nastrój. Rozczesałam, pokryte mahoniową farbą, włosy i pozwoliłam by opadły lekko na ramiona. Jeszcze niedawno iskrzyły się jasnym blondem. Założyłam czarne legginsy, granatową bluzkę i kurtkę dżinsowa, stopy wsunęłam białe trampki. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i chciałam dostrzec w sobie tę siłę, która towarzyszyła mi jeszcze jakiś czas temu, gdy moje życie jeszcze było normalne, ale nic takiego nie znalazłam..
- Głowa do góry. – powiedziałam do siebie zarzucając czarną torbę na ramię.
        Meredith podwiozła mnie do szkoły swoim granatowym Chevroletem. Nie chciałam wychodzić z samochodu, tak jak rano z łóżka, ale nie było odwrotu. Musiałam. Otworzyłam drzwi i wysiadłam. Ciocia powiedziała, że trzyma za mnie kciuki. Tak to mi się przyda, oby to wystarczyło. Meredith starała się mnie wspierać, ale wiedziałam, że walczy ze sobą. Ta sytuacja również, a zwłaszcza dla niej była trudna.
           Przede mną stał ogromny budynek Mystic Falls High School, a dookoła banda rozwścieczonych nastolatków. Chciałam mieć to już za sobą. "Ostatnia klasa. Dam radę." - pomyślałam. Weszłam do środka, starałam się iść pewnym krokiem, chociaż czułam spojrzenia wszystkich zgromadzonych przed szkołą. Słyszałam ich myśli "To ta nowa.", "Kim ona jest?", "Jaka laska.". Wiedziałam, że tak będzie. Wzięłam głęboki oddech i odcięłam się na myśli które docierały do mnie z każdej ze stron. Nie które były normalne, zwyczajne, nie wszystkie dotyczyły mojej osoby. Nie chciałam słyszeć fantazji chłopaków z moją osobą. Skierowałam się do sekretariatu, po plan zajęć i resztę dokumentów. Pani Merryl pomogła mi znaleźć salę, już dawno było po dzwonku i uczniowie zajęli swoje miejsca. Weszłam do środka i poczułam wzrok wszystkich obecnych w klasie. Niepewnie podeszłam do biurka starszego mężczyzny i podałam mu swoje dokumenty. Uśmiechną się lekko pod nosem i powiedział podając mi rękę.
- Witamy na pokładzie panno Fell. - uśmiechnęłam się odwzajemniając uścisk dłoni – Proszę zajmij miejsce. -tak też zrobiłam. Było jedno wolne miejsce w przed ostatniej ławce. Wszyscy odprowadzili mnie wzrokiem, po chwili Pan Stevens zwrócił na siebie uwagę uczniów.
        Przetrwałam pierwszą lekcję. Całą swoją uwagę skierowałam na nauczyciela, tak by nie słyszeć pozostałych osób zgromadzonych w sali. Następna matematyka. Podeszłam do planu szkoły i zaczęłam szukać drogi do następnej Sali. Odwróciłam się, a za mną stała jakaś blondynka mojego wzrostu, uśmiechnęła się szeroko odsłaniając rząd lśniących białych zębów.
- Cześć! Jesteś nowa. - stwierdziła z uśmiechem. Czułam jak przeszywa mnie wzrokiem, jakby chciała dowiedzieć się o mnie wszystkiego, łącznie z rozmiarem buta.
- A ty to kto? - odpowiedziałam szorstko, wzruszając ramionami. Widziałam jej rozczarowanie moją odpowiedzią i postawą.
- Jestem Caroline. - wyciągnęła dłoń w moją stronę, nie chętnie odwzajemniłam uścisk - Chciałam tylko przywitać się z nową koleżanką. - uśmiechnęła się szeroko. Wyczułam w niej, ku mojemu zdziwieniu, szczerość. Tak to była szczerość. - Jaką masz następną lekcję?
- Matematykę, w sali 17A. - odpowiedziałam patrząc w plan zajęć.
- To tak jak ja. - powiedziała z uśmiechem i pociągając mnie za sobą.

***
         Pochłaniałam zapachy drzew, które mnie otaczały, świeży zapach i świergot ptaków przypomniały mi dobre czasy w których byłam szczęśliwym dzieckiem bez żadnych problemów. Podeszłam bliżej brzegu, po kamieniach, kucnęłam by zamoczyć dłonie w czystej wodzie. Była chłodna. Usiadłam na wyższym kamieniu i przyglądałam się naturze, jest taka piękna. W Nowym Orleanie też było pięknie; byłam szczęśliwa, miałam przyjaciół, miałam rodziców. Patrzyłam przed siebie, pamiętam swój ostatni dzień w rodzinnym mieście, był jednym z najgorszych dni w moim życiu. Czułam jak w gardle rośnie mi duża gula, do oczu napływają słone łzy na to wspomnienie. Weszłam na dziedziniec, był ogromny, a ja znowu poczułam się malutka tak jak pierwszy raz kiedy się tu pojawiłam; choć byłam wtedy pewniejsza siebie, czułam ogrom i masywność tego miejsca.  Oczy wszystkich zgromadzonych osób skierowały się w moją stronę. Widziałam w nich współczucie i troskę, byliśmy jak rodzina, to byli moi przyjaciele. Siknęłam porozumiewawczo głową i skierowałam się do schodów prowadzących na piętro z których zszedł Elijah, jak zawsze elegancki, ubrany w ciemny garnitur, koszula również była czarna, stanął przede mną.
- Przyszłam się pożegnać. – powiedziałam niepewnie. – Dziękuję, że byłeś dziś przy mnie.-dodałam po chwili.
- Nie dziękuj. Potrzebowałaś wsparcia. – słyszałam troskę w jego głosie, zawsze tak było. Zawsze się o mnie troszczył. – Wiesz, że możesz na mnie liczyć? Zawsze będę o Ciebie dbał.  – powiedział całując mnie w czoło. Był jak starszy brat, którego nie miałam, mój anioł stróż. 
- Wiem. – szepnęłam lekko się do niego przytulając. 
- Jest u siebie. – wiedział dlaczego tutaj jestem, a właściwie dla kogo.
      Weszłam do sypialni Nika. Stał oparty o framugę okna, nie zareagował gdy weszłam. Choć usłyszał, wiem to. Czułam, że nie chciał na mnie patrzeć. Stanęłam obok niego nieśmiało wplątując swoją dłoń w jego. Spojrzałam na nasze odbicia w szybie. Był idealny, perfekcyjny, a ja musiałam go zostawić, to nie sprawiedliwe. Moje życie i miejsce jest tutaj, przy nim.
- Powiedz coś.  – poprosiłam patrząc na niego. 
- Musisz zapomnieć.  – powiedział wyplątując swą dłoń – tak będzie najlepiej. – odwrócił się.
- Dla kogo?! – uniosłam głos – Chyba dla Ciebie! – krzyknęłam, czułam jak łzy napływają mi do oczu – Chcę mieć swoje wspomnienia, chcę mieć Ciebie w swoich wspomnieniach.
- A ja chcę, żebyś o mnie zapomniała!-krzyknął. 
- Dlaczego? – wyszlochałam chcąc przytulić się do niego, odsunął się ode mnie. Nie zamierzał mi odpowiedzieć. Odwróciłam się w stronę okna i spojrzałam na siebie. Mój kok już dawno się rozpadł, oczy były czerwone od łez, jedynie czarna sukienka wyglądała nienagannie. Czułam, że znowu się rozsypuje. Mój świat jeszcze nie zaczął się składać, a już się rozsypał.  Wzięłam głęboki oddech i powstrzymując łzy wydusiłam z siebie – Masz rację. Muszę zapomnieć. – odwróciłam się w jego stronę – Ale zrobimy to po mojemu. – oznajmiłam i szybko wybiegłam z sypialni, chcąc uciec jak najdalej. Po chwili poczułam jak Nick przyciska mnie do ściany w korytarzu. Patrzył na mnie tym wyjątkowym spojrzeniem zarezerwowanym tylko dla mnie; czułam jego ciężki oddech na sobie.
- Nie mogę się na to zgodzić. – powiedział, poczułam jego usta na swoich, poddałam się pocałunkowi. Pragnęłam być blisko niego. – Wiem co do mnie czujesz. Uwierz, czuję to samo.- Oderwał usta i spojrzał głęboko w moje oczy. Wiedziałam co zamierza zrobić i nie chciałam do tego dopuścić, próbowałam wyswobodzić się z jego uścisku, ale był ode mnie silniejszy. Złapał moja twarz i skierował ku sobie. – Zapomnij o nas. Zapomnij mnie. Wyjedziesz z Nowego Orleanu, i ułożysz sobie życie.  Będziesz szczęśliwa. 
          Wydałam z siebie głośny krzyk bólu i cierpienia, moje oczy znowu się zaszkliły. Chciałbym zacząć od początku tylko jak to zrobić? Pokręciłam głową i szybko wytarłam łzy. Mogłam nie pić werbeny, mogłam poddać się jego zauroczeniu. Może mniej bym cierpiała? Szybko pokręciłam głową odrzucając tę myśl. To była dobra decyzja, nie mogłam postąpić inaczej.
- Co taka ładna dziewczyna robi tutaj sama? - zza pleców usłyszałam męski głos.